Tegoroczny Dzień Dziecka był w naszej rodzinie wspaniały. Dlaczego? Bo postanowiliśmy wyrzec się swoich pomysłów na spędzenie tego czasu, za to w stu procentach podarowaliśmy go naszym dzieciom. Efekt? ŻADNYCH kłótni ani przykrych słów w ciągu całego dnia. Zaczęło mnie to zastanawiać. Co było takiego niezwykłego w tym dniu, że ani razu nie dałam się wyprowadzić z równowagi a Krysia była aniołem? Może wiele mam się zastanawia dlaczego to dla mnie takie niezwykłe zjawisko. Tym, którzy mnie nie znają, wytłumaczę że próbuję jak najlepiej planować dzień, jestem energiczna, zazwyczaj dobrze nastawiona do życia ale niestety łatwo daję się ponieść emocjom. Przyznaję, jestem wybuchowa. Ale też, dzięki Bogu, po moim gniewie już po chwili nie ma śladu.

Tego dnia rano pomodliłam się gorliwie o siłę i cierpliwość do naszych pociech. Po śniadaniu dałam Krysi wybór jak chce spędzić czas – czy wyjść na dwór, czy może zostać w domu i się pobawić. Wybrała, jak zwykle, pierwszą opcję. Poszłyśmy na dłuuuuuugi, leniwy spacer. Naprawdę, nigdzie nam się nie spieszyło. Poszłyśmy do cukierni na pączki, potem na „zdrowe” lody, aż wreszcie usiadłyśmy na ławce i przyglądałyśmy się gołębiom chodzącym nieopodal. A potem Krysia poprosiła mnie o chleb i pobiegła karmić nim ptaki. Trwało to i trwało, a my nigdzie nie musiałyśmy iść. W domu przygotowany wcześniej obiad okazał się dla córki nieatrakcyjny, więc zjadłyśmy makaron z truskawkami i jogurtem. A po powrocie taty kolejne przyjemności – spacer i wizyta w pizzerii, w której nie pizza była główną atrakcją ale kącik zabaw dla dzieci 😉 I tak minął nam cały dzień.

A więc robiąc sobie swoisty rachunek sumienia z całego dnia doszłam do wniosku, że kluczem do sukcesu okazało się zwolnienie tempa. Jak każdy kochający rodzic, chcę dla swoich dzieci tego, co według mnie najlepsze. Chcę, żeby dziewczynki rozwijały swoje talenty, bawiły się dużo na świeżym powietrzu, poznawały otaczający je świat. Chodzę z nimi nawet na specjalne zajęcia  dla maluchów organizowane przez Muzeum Sztuki. Dzieciaki uwielbiają wszelkie zajęcia do dodatkowe. Niemalże,im więcej, tym lepiej, prawda? Nie ma nic złego w zajęciach dodatkowych i planowaniu swojego dnia. Ale ja widzę, że kurczowe trzymanie się planu dnia powoduje tylko niepotrzebne napięcia w moim domu. Jest już godzina 10, trzeba wychodzić na zajęcia, nie baw się już, bo nie zdążymy! Jedz szybciej, bo musimy wychodzić! Załóż wreszcie buty, bo tata czeka na nas na dole! Nie stój tak, tylko chodź, bo musimy wracać do domu na obiad! Znacie to? Ja złapałam się na tym, że ciągle pośpieszam naszą córkę. Wprowadzam nerwową atmosferę, przez co cały dzień staje się coraz mniej radosny, spontaniczny, bo musztruję moją rodzinę jak druhna drużynowa (pozostałości z czasów harcerstwa ;-)).

Doświadczenie ciągłego  pospieszania było mi potrzebne, żebym mogła w pełni docenić właśnie to karmienie gołębi. Widzę jak Krysi jest potrzebny spokój i luz. Jak uwielbia spacery, na których co chwilę się zatrzymuje i zrywa kwiatki, ogląda ślimaki i mrówki, przygląda się niebu, szukając na nim śladów po samolotach, chce głaskać osiedlowe psy (chyba już wszyscy właściciele czworonogów nas znają). A przy tym, jak to trzylatek, zadaje tysiące pytań. I, choć często nie mam siły na nie wszystkie odpowiadać, to staram się nigdy jej nie okazywać mojego znużenia. Bo wiem, że w ten sposób poznaje świat i prawa nim rządzące.

Byliśmy jakiś czas temu z mężem na konferencji dotyczącej homeschoolingu. Przemawiał tam pewien pan doktor z Warszawy, który mówił o wpływie przebywania na łonie przyrody na rozwój dziecka. Tłumaczy jak ogromne znaczenie dla malucha mają spacery i rozmowy z rodzicami. Ilu rzeczy dziecko może się nauczyć kiedy nie jest wpatrzone w książkę ale właśnie przebywa na dworze. Ma możliwość zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, poczuć otaczający je świat. Szczególnie, kiedy może to robić bez pośpiechu. Opowiadał też o tym jak ważne jest, by dziecko (w miarę możliwości) samo decydowało czym się chce zająć, nawet jeżeli nam, rodzicom, wydaje się, że huśtanie się na huśtawce bez przerwy przez 40 minut jest grubą przesadą.

To swoiste zrzucenie przeze mnie kieratu trzymania się grafiku nie przyszło z dnia na dzień. To nie tak, że obudziłam się rano i powiedziałam: Od dziś będę zupełnie inna! Będę miała nieograniczoną cierpliwość i odczuwała radość z każdego wydarzenia. Jest to proces, który już od jakiegoś czasu trwa i myślę, że zmierza we właściwym kierunku. Czuję radość, kiedy mogę ofiarować czas moim córkom. Kiedy nie pospieszam ich i nie narzucam im sposobu w jaki mają się bawić. Dzięki swobodzie, jaką im dajemy, mogę obserwować jak każda z nich się rozwija w najlepszy dla niej sposób. Dużo osób zwraca uwagę na to jak Krysia jest samodzielna – jak sama rozwiązuje problemy, nawiązuje znajomości na placu zabaw, uczestniczy w konfliktach z rówieśnikami (czasami doświadcza krzywdy z ich strony), wspina się ze starszymi dziećmi, nie wstydzi się dorosłych, radzi sobie w toalecie i przy stole. A dlaczego? To nic niezwykłego. Po prostu pozostawiamy jej swobodę i pozwalamy samej doświadczyć rzeczy przyjemnych i nieprzyjemnych. Ale to już temat na następny wpis 😉

Zakończę słowami wybitnego pedagoga, Janusza Korczaka:

Nie takie ważne, żeby człowiek dużo wiedział, ale żeby dobrze wiedział.  Nie żeby umiał na pamięć, a żeby rozumiał. Nie żeby go wszystko troszkę obchodziło, a żeby go coś naprawdę zajmowało.

Marysia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *