Odkąd mam dzieci, cały czas mam bałagan. Nie taki, że potykam się o wszystko (chociaż czasem też), ale niepoukładane ubrania w szafach, albo brudne naczynia stały się u mnie codziennością. Albo mam porządek w kuchni i w salonie, ale bałagan w sypialni i pokoju dzieci, albo na odwrót. Nigdy razem. O przepraszam, prawie nigdy. Był kiedyś taki miesiąc, że miałam super czysto wszędzie. Ja siadałam z kawą na kanapie i podziwiałam mój piękny czysty dom. Co takiego wydarzyło się pomiędzy, że ja znów czuję, że nie daję rady? A było to tak….

Początki zagracania

Gdy zaczęłam pierwszą pracę, zaczęłam zarabiać swoje pierwsze dobre pieniądze, chciałam kupić wszystko to, o czym marzyłam a na co nie było mnie stać gdy byłam studentką. Pozwalałam sobie na wiele, sprzęty kuchenne, telefony, gadżety, itp. Gdy do dobrych zarobków dołączył mój mąż a do tego przeprowadziliśmy się do pierwszego pustego mieszkania (wcześniej wynajmowaliśmy umeblowane), byliśmy już prawie zgubieni. A dlaczego prawie? Bo potem pojawiło się dziecko. I jak dziecko nie jest żadnym problemem, tak dziadkowie, ciocie itp. już są :). A było to pierwsze dziecko w rodzinie…. Ilość zabawek, ubranek itp. rosła w zastraszającym tempie. Wisienką na torcie były wyjazdy z miasta moich znajomych, które pozbywały się swoich ubrań. A gust mają naprawdę dobry, więc …. tak…. już wtedy byliśmy zgubieni….

Nasz dom wypełniony był po brzegi rzeczami. My sami, zapracowani rodzice, nie mieliśmy czasu na myślenie o odgracaniu. A rzeczy przybywało i przybywało. Wstyd się przyznać, ale były takie momenty, że kupowaliśmy nową rzecz bo starą gdzieś wcięło a my nie mogliśmy jej znaleźć (później okazywało się, że lądowała przez przypadek na strychu). Nie będę pisać więcej bo zanudzę a sama się zawstydzę. Jednym zdaniem. Byliśmy zagraceni.

Moment przełomowy

Momentem przełomowym były przeprowadzki. Najpierw do Polski, potem do nowego domu. Mój mąż ledwo poradził sobie ze spakowaniem wszystkich gratów. Gdy kolejny raz mieliśmy przewozić meble, po raz pierwszy podjęłam męską decyzję: sprzedałam wszystko, co mogłam za bezcen na OLX, byle szybko i byle nie musieć tego zabierać. Na początku myślałam, że może zbyt tanio, a może by się jeszcze przydało. Przeszło mi bardzo szybko. Byliśmy uwolnieni od części balastu, naprawdę bardzo małej części…

W nowym domu, zaczęliśmy od wyciągania najpotrzebniejszych rzeczy. Łóżka, materace, naczynia, ubrania. W pewnym momencie miałam już wszystko, czego mi było trzeba do normalnego życia. I tak mogłoby zostać, gdyby nie fakt, że w garażu nadal uśmiechała się do mnie ogromna góra nierozpakowanych pudeł…. Zaczęłam zastanawiać się, co w nich jest jeszcze schowane, skoro ja już wszystko mam….(Dodam, że tu występuje TEN moment, kiedy mój dom był permanentnie czysty a moim jedynym obowiązkami na co dzień były pościelenie łóżek i wstawienie zmywarki). I tak… kolejne talerze, sztućce, o… drugi czajnik elektryczny. Następne pudło z zabawkami, o mamy trzy zestawy sztućców (ach tak, kupiliśmy dodatkowy na obiad dla większej grupy znajomych). filiżanki, 4 zestawy, dwa piękne dostaliśmy na ślub, kolejne z jakiejś tam okazji. I tak dalej i tak dalej…

Wypakowałam prawie wszystko. Tak prawie! I od tego momentu byłam już znów nieszczęśliwą wiecznie sprzątającą mamą…. Aż do…

Minimalizm! To jest to!

Już wcześniej słyszałam i nawet trochę czytałam o minimalizmie. Ale jakoś tak nie umiałam pozbywać się rzeczy. Przecież to wszystko kosztowało naprawdę sporo pieniędzy. A nawet jeśli nie to musi mieć teraz jakąś wartość. Ale postanowiłam. Nie chcę stracić połowy mojego życia na sprzątaniu. Wiem, że można inaczej (doświadczyłam tego na własnej skórze). Postanowiłam zacząć. Więc jeśli:

  • nie masz na nic czasu bo cały czas sprzątasz
  • naczynia w zlewie się nie kończą (niezależnie od tego ile razy dzisiaj zmywałaś)
  • w szafie wszystko się gniecie, a gdy ją otwierasz to na ciebie wypada
  • przedpokój zawalony jest butami i kurtkami
  • Twój stolik kawowy wygląda tak:

  • a miejsca, które powinny być ozdobą domu zamiast tak:

wyglądają tak:

to znaczy, że czas na 40-dniowy projekt „minimalizm” mamy Ewy:):).

Teraz fanfary!

A tak na serio. Myślę, że warto to przemyśleć, bo nie chcemy chyba stracić połowy życia układając wciąż te same rzeczy na półkach…

Ewa

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *